dufrat3

 

reklama desperado 780x120px

Partnerzy

podkarpacie
ustrzyki
besko
ebukowsko-jpg
izagorz-jpg
etyrawa-jpg
ekomancza-jpg
lesko
zarszyn
brzozow
wbieszczadach.net
wsanok
 

Zostań

Zostań fotoreporterem ezarszyn.pl Byłeś świadkiem zdarzenia? Masz zdjęcia, nakręciłeś film bądź napisałeś ciekawy artykuł i chcesz go opublikować? Bądź pierwszy i napisz do nas!
Kontakt z redakcją:

E-mail: redakcja@ezarszyn.pl

Tel. 502 920 384
Tel. 782 795 602
 

Pod patronatem

LOGO ORKIESTRY

logo posada

Reklama

Pomagać dzieciom w Afryce - rozmowa z Marią Kuzin, mieszkanką Gminy Zarszyn FOTO i VIDEO

Afryka zawiera w sobie wiele tajemnic, których zapewne nigdy do końca nie odkryjemy. To również kontynent, którym targają liczne konflikty, a życie ludzi, mimo że nieskomplikowane, jawi się jako pełne trudności. Jednym z krajów afrykańskich jest Kenia położona we wschodniej części Afryki nad Oceanem Indyjskim. To właśnie ten kraj od paru lat odwiedza Maria Kuzin, mieszkanka naszej gminy. Jako nauczycielka jest szczególnie wyczulona na losy dzieci. Wystarczyła więc jedna wizyta w szkole w Malindi, aby pani Maria zdecydowała się pomóc afrykańskim uczniom w ich pogoni za wiedzą. Po powrocie do Polski wraz z mężem utworzyła grupę osób wspierających edukację dzieci afrykańskich. Pani Maria stała się również inspiracją dla dyrektora szkoły i nauczycieli do starań o stworzenie dzieciom lepszych warunków, w których mogą się rozwijać i które by ten rozwój wspomagały. Jej imieniem nazwano nową szkołę - Mary's Junior School, a z kolei imię jej męża otrzymał założony w Malindi szkolny klub sportowy - Andy's Club Sports. Pani Maria nawiązała przyjaźnie z dyrektorem Philipem Kimaro oraz dwiema nauczycielkami. Aby utrzymywać z nimi stały kontakt pozwalający na bieżąco śledzić osiągnięcia uczniów oraz problemy dotyczące placówki zdecydowała się wraz z mężem na podarowanie szkole tabletu, dzięki któremu komunikacja jest o wiele łatwiejsza. Zapraszam do lektury wywiadu przeprowadzonego z panią Marią. Będzie o Afryce, Kenijczykach, trochę śmiechu i trochę wzruszeń...

IMG 1400

ezarszyn.pl: Kiedy po raz pierwszy pojechała pani do Afryki i jak wspomina pani tę podróż?

Maria Kuzin: Pierwszy raz pojechałam do Afryki w 2012 roku. Była to propozycja mojego męża, żebyśmy wspólnie spędzili tam tydzień. Nie bardzo chciałam jechać, bowiem kraje afrykańskie w ogóle mnie nie pociągały. Niemniej jednak zdecydowałam się i ten pierwszy pobyt dokonał ogromnego zwrotu w moim życiu. Od tamtej pory zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na Afrykę i na ludzi tam mieszkających.

ezarszyn.pl: Co podoba się pani w Afryce?

M.K.: W Afryce podoba mi się wszystko. Jest to kraj tak interesujący, tak różnorodny, tak piękny , że trudno znaleźć mi cokolwiek, co mogłoby mi się nie podobać. Pierwsze wrażenie, kiedy przylatuje się do Afryki, to przepiękny zapach spalonej słońcem ziemi, zapach gotowanych potraw, zapach egzotycznych roślin. To jest taka mieszanka aromatów, która człowieka bardzo zachwyca. To się cały czas pamięta. Urzekła mnie różnorodność roślinna i zwierzęca, ale przede wszystkim Afrykańczycy. Ich życzliwość, dobroć, pogodność i uprzejmość. Są to ludzie bardzo otwarci i komunikatywni. Kiedyś przeczytałam w jakiejś książce, że Afrykanin po pierwszym spotkaniu jest twoim kolegą, po drugim spotkaniu jest twoim przyjacielem, a po trzecim spotkaniu z tobą już się nazywa twoim bratem. I rzeczywiście tak jest.

ezarszyn.pl: Jak postrzega pani Kenijki?

M.K.: Kenijskie kobiety są fascynujące. Mają w sobie dużo ciepła i otwartości. Bardzo szybko nawiązuje się z nimi kontakt. Poza tym są bardzo gościnne.

11024761 430381260445821 9019173303557009588 n

ezarszyn.pl: Ile razy była pani w Afryce do tej pory?

M.K.: Do tej pory odwiedziłam Afrykę cztery razy. Ostatni raz pojechałam do Kenii w grudniu 2014 roku. Moim miejscem docelowym jest miasto Malindi. To trzecie pod względem wielkości miasto w tym kraju po Nairobi i po Mombasie.

ezarszyn.pl: W jakich okolicznościach zaangażowała się pani w działalność charytatywną?

M.K.: W czasie mojego pierwszego pobytu zjawiła się rezydentka, która zaproponowała grupie Polaków wyjazd do szkoły Toto Junior School na terenie Malindi. Szkoła miejska, nieduża, 120 uczniów. Zebrała się mała grupka osób. Pojechaliśmy. Z racji tego, że pracuję jako nauczycielka, uważałam, że powinnam zobaczyć, jak funkcjonuje szkoła afrykańska. I w ten sposób zaczęła się moja historia i przygoda ze szkołą.

Gdy dotarliśmy na miejsce, dzieci przywitały nas oklaskami i brawami, rzucały kwiaty pod nasze stopy, przyozdobiły girlandami. Wprowadziły nas na szkolny dziedziniec. Na dziedzińcu znajdowało się ogromne drzewo mango i tam 120 dzieci siedziało na ziemi, nieliczne siedziały na plastikowych krzesełkach i biły brawo. Wszystkie się cieszyły. Zaśpiewały piosenkę w języki suahili. Obok stały dwa budynki szkoły, rodzaj baraków, bez okien. Można powiedzieć, że mury miały dach i tylko tyle. Tak wyglądały szkoły. Nie byłyśmy przygotowane na taki widok.

Po powitaniu rozpoczęła się akademia. Dzieci przygotowały dla nas występy. Były tańce, konkursy, piosenki, a potem zaproszono nas do zabawy. Jeden moment z tej wizyty szczególnie utkwił mi w pamięci. Kiedy rozdałyśmy dzieciom cukierki, które miałyśmy ze sobą, te które otrzymały słodycze, chcąc podzielić się z pozostałymi, moczyły lizak w ustach, następnie smarowały przegub dłoni i dawały kolejnym dzieciom, które nie dostały, takiego lizaka czy cukierka, żeby zlizywały tę słodkość z ich ręki. W ten sposób wszystkie dzieci tak jakby otrzymały te słodycze. Było to bardzo, bardzo wzruszające. Towarzyszyły mi dwie koleżanki, które pierwszy raz były w Afryce. Wszystkim nam pociekły łzy ze wzruszenia.

IMG 1977

Potem zwiedzałyśmy klasy. Trudno opisać wygląd tych pomieszczeń. W klasach młodszych nie było ławek, ani podłogi. Dzieci siedziały na takim gruzowisku. Nie było tablic. W starszych klasach, w jednym z pomieszczeń były trzy ławki i taka gofrowana tablica. Widok był przerażający. Żadnej pomocy, żadnych map, że nie wspomnę o jakiejś pracowni komputerowej.

W czasie tego pierwszego pobytu doszłam do wniosku, że chciałabym tym dzieciom pomóc. Że te dzieci są warte tego, by wspierać ich naukę. Tym bardziej, że szkoły w Kenii są płatne. Czesne nie wynosi dużo. Za miesięczny pobyt dziecka w szkole trzeba zapłacić około 4 dolarów, a więc 12 zł. Dla nich jest to jednak kwota ogromna i zdarza się tak, że niektóre dzieci chodzą do szkoły, dopóki rodzice płacą za ich edukację. Zdarza się też, że dyrektor szkoły sam pokrywa z własnych pieniędzy czesne dla tych dzieci, bo bardzo mu zależy na tym, aby jak największa ilość uczniów korzystała ze szkoły, gdyż edukacja jest oknem na świat dla wszystkich dzieci. Po powrocie do Polski utrzymaliśmy kontakt mailowy z dyrektorem placówki, panem Philipem Kimaro i zaproponowałam mu, że możemy wspomagać kilkoro dzieci z jego szkoły. Kilku naszych znajomych przyłączyło się do tej akcji. Dyrektor wybrał ze szkoły dzieci najuboższe. Przesłał nam mailem ich zdjęcia, opisał ich sytuację rodzinną. W ten sposób założyliśmy grupę wspierającą dzieci w Afryce. Potem się okazało, że coraz więcej znajomych chciało pomagać dzieciom afrykańskim. Mówiłam o tym, ludzie przyłączali się do nas i teraz stanowimy grupę 18 osób. Wspomagamy 20-kilkoro dzieci. Niektórzy z nas sponsorują jedno dziecko, ale są też tacy, którzy sponsorują dwoje dzieci. Dzieci są w różnym wieku. Wysyłamy im co trzy miesiące około 30 dolarów. Pieniążki trafiają do dyrektora, który opłaca czesne. Resztę pieniędzy przeznacza na zakup przyborów szkolnych, na leczenie dziecka, bądź wspieranie jego rodziny.

 IMG 1918

ezarszyn.pl: Jak doszło do budowy nowej szkoły?

M.K.: Dyrektor Kimaro nawiązał też kontakt z dyrektorem z gimnazjum i z dyrektorką ze szkoły podstawowej w Zarszynie. Razem przesłaliśmy mu strony internetowe naszych szkół i kiedy on zobaczył, jak wyglądają u nas szkoły, jak wyglądają klasopracownie, jak wyglądają uroczystości, zachwycił się bardzo tymi obrazami. Wtedy zrodziła się u niego myśl wybudowania i utworzenia nowej szkoły na wzór polskiej szkoły. Zaczął czynić wszelkie starania, by zdobyć pieniądze z rządu. Jeździł do Nairobi, pisał projekty. Kosztowało go to dużo trudu i zaangażowania, żeby móc zdobyć potrzebne fundusze. Nową szkołę nazwał moim imieniem. Szkoła nazywa się Mary’s Junior School. Było mi bardzo miło, aczkolwiek uważałam, że na to sobie nie zasłużyłam. Jest to szkoła prywatna, dyrektorem jest pan Philip Kimaro. Po około 3-4 miesiącach działalności reklamowej, w nowej szkole uczy się około 140 dzieci. Zapytano mnie, jakie mundurki mają nosić uczniowie. Też było mi bardzo miło, że mogłam mieć w tym swój udział. Zaproponowałam, żeby były to mundurki w kolorze niebiesko-granatowo- białym. Tak też się stało. Chłopcy i dziewczynki mają niebieskie koszulki, granatowe spodenki i granatowe spódnice. Zaproponował też dyrektor, aby wymyślić logo szkoły według ustalonych kanonów. Rodzinnie zaproponowaliśmy mu logo szkoły, które ma polską flagę, z czego jestem bardzo dumna. I to logo widnieje na głównej ścianie, przy wejściu do szkoły Mary’s Junior School. Logo zaprojektował mój syn Wiktor, ale można powiedzieć, że wszyscy w tym uczestniczyliśmy. Logo składa się z wielu elementów. Wygląda w ten sposób, że z jednej strony ma flagę polską, z drugiej strony flagę kenijską. W jednej części jest grupka dzieci zmierzających do szkoły, jest książka i pióro. Zaproponowaliśmy również komputer, ale dyrektor nie zgodził się, jako że szkoła nie ma pracowni komputerowej. Jej powstanie pozostaje w marzeniach dyrekcji, nauczycieli i uczniów.

 

11218168 492491384234808 5152448825605664086 n

 

 

 

ezarszyn.pl: Jaki jest system nauczania w kenijskiej szkole?

M.K.: Do szkoły przyjmowane są dzieci od 2 do 16 roku życia, przy czym te od 2 do 6 roku życia tworzą grupę przedszkolną. Potem zaczynają się uczyć od pierwszej klasy tak jak i u nas. Kończą edukację w tej szkole w wieku 16 lat. Jest to etap podstawowy, odpowiednik naszej podstawówki i gimnazjum. Po zdaniu egzaminów część dzieci już kończy edukację z powodów finansowych. Natomiast te które mogą się uczyć dalej, rozpoczynają naukę w college'u w Mombasie. Po ukończeniu tego etapu niektórzy rozpoczynają studia. Np. siostra dyrektora szkoły ukończyła dwa lata temu w Nairobi Akademię Medyczną.

ezarszyn.pl: Co trzeba zrobić, aby zaadoptować takie dziecko?

M.K.: Pomagać dzieciom w Afryce, czy w innych częściach świata można w bardzo prosty sposób. Robią to różne fundacje, organizacje, stowarzyszenia i zgromadzenia. Trzeba się do nich zwrócić, opłata jest stała, mniej więcej wynosi to 70 zł z groszami. One wybierają dziecko i co miesiąc wysyła się im tę kwotę. Pieniążki trafiają przez fundację czy zgromadzenie do osoby opiekującej się danym dzieckiem, po czym przysyłają też informację zwrotną w postaci listu lub świadectw. Taką adopcję na odległość prowadzi nasza Szkoła Podstawowa w Zarszynie.

IMG 1946

To czym my się zajmujemy jest naszym zaangażowaniem społecznym. Oboje z mężem zbieramy od znajomych pieniądze i przesyłamy bezpośrednio na konto szkoły. Kontem tym dysponuje dyrektor, Philip Kimaro i on rozdziela fundusze między uczniów. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, wspiera również rodziny. Te pieniądze, które przesyłamy, docierają do dzieci w całości. Skąd wiemy, że trafiają do dzieci? Przeważnie przychodzą listy, maile ze ich zdjęciami. Dzieci trzymają takie karteczki przed sobą i dziękują nam w języku angielskim i w języku suahili. Napisane jest na karteczce imię i nazwisko rodzica, który przesłał te fundusze. Jest też możliwość wysyłania paczek. Każdy z nas robi to indywidualnie. Wysyłamy ciuszki bądź jakieś przybory. Taka paczka idzie około miesiąca. Wzruszające są zdjęcia tych dzieci w naszych ubraniach. Myślę, że warto pomagać tym dzieciom, ponieważ są one bardzo wdzięczne.

ezarszyn.pl: Czy kiedykolwiek spotkała się pani z rodzicami dziecka, któremu pani pomaga?

M.K.: Tak, spotkałam się z rodzicami dziewczynki, którą się opiekuję. Mama z tatą dziewczynki mieszkają na obrzeżach miasta. Pojechałam tam któregoś dnia takim pojazdem, który nazywa się tuk tuk. Mama czekała na mnie pod drzewem mango. Gdy mnie ujrzała, rozpłakała się, więc zapytałam, dlaczego płacze. Powiedziała, że pierwszy raz biała kobieta przekroczyła teren, na którym oni mieszkają. Nigdy białej kobiety nie było na ich podwórzu. W komunikacji pomagał nam dyrektor. Kobieta mówiła w języku suahili, a on tłumaczył. Zapytałam ją, czy chciałaby, aby jej córka kiedyś przyjechała do Polski. Powiedziała, że bardzo by chciała, aby studiowała w naszym kraju.

IMG 5004

ezarszyn.pl: Czy nie obawiała się pani ataków terrorystycznych, do których dochodzi w Afryce?

M.K.: Zawsze istnieje jakiś strach, jakaś obawa, ale pewnych granic się nie przekracza. Jeśli nie byłoby możliwości wyjechania do Afryki, to wtedy biura nie oferują wyjazdów. Natomiast jest coś takiego, że wraz z mężem po prostu czekamy na kolejny wyjazd. Nie możemy się doczekać. Zawsze, gdy wracamy, to już planujemy, kiedy wyjedziemy następnym razem...

ezarszyn.pl: Kiedy następny wyjazd?

M.K.: Zapewne w zimie, dlatego że w Kenii nie jest tak bardzo gorąco. Patrzymy też na to, aby kupić tańsze bilety. Najlepiej jechać poza sezonem. Najlepszą porą na wyjazd jest koniec listopada. Można jechać przez biuro. Można jechać samemu. Kombinować różne trasy. Lecieć przez Frankfurt, przez Zanzibar. Traktować to w kategorii przygody. Ważna jest komunikacja. Podstawy języka angielskiego trzeba sobie przyswoić, by móc porozumiewać się na lotnisku, czy w innych miejscach. Z Kenijczykami bardzo łatwo się rozmawia, ponieważ oni mówią bardzo wolno w języku angielskim.

ezarszyn.pl: Czy zdarzyło się pani zostać zaproszoną do domu Kenijczyka?

M.K.: Bywałam na proszonych kolacjach u dyrektora w domu. W momencie kiedy się zgodziłam, musiałam zaakceptować warunki, jakie tam obowiązują. Mianowicie tam posiłki zjada się rękoma, oczywiście po uprzednim umyciu rąk w miseczce podanej przez gospodynię domu. Siedzi się na podłodze, na bambusowej macie. Istnieje pewna obawa spożywania tych posiłków, gdyż posiadamy inną florę bakteryjną. Tam jest też problem z wodą. Co prawda wszystkie potrawy były gotowane, ale zawsze istnieje jakieś niebezpieczeństwo. W momencie kiedy zdecydowaliśmy się, że pójdziemy na taką kolację, wiedzieliśmy, że nie możemy odmówić spożywania tych posiłków. Liczyliśmy się z konsekwencjami zdrowotnymi, ale nic się nikomu nie stało.

ezarszyn.pl: Co zazwyczaj na takich kolacjach podają?

M.K.: Zazwyczaj jest to ryż, który ma różowy kolor. Niestety nie dopytałam, co to za rodzaj ryżu. Do tego kurczak panierowany lub w innej postaci. Podają też ryby i placki, które są wypiekane przez gospodynię domu. Takie placki są podobne do naszych naleśników, aczkolwiek inaczej smakują. Kenijczycy piją wodę mineralną. Nie spożywają praktycznie alkoholu. Do tego zjadają arbuzy czy ananasy. Chciałam powiedzieć, że taka kolacja przygotowana dla nas była bardzo wykwintna, ponieważ na co dzień jedzenie mięsa jest naprawdę rzadkie i przeciętnej rodziny nie stać na to, aby to mięso spożywać. Dyrektor Kimaro kiedyś mi powiedział, że dzięki temu, że odwiedziłam mamę dziewczynki, którą sponsoruję, on dostał od tej matki kurczaka i mógł nakarmić swoją rodzinę tym kurczakiem.

ezarszyn.pl: Brała pani udział w jakiś kenijskich uroczystościach?

M.K.: Nie brałam udziału w ślubie, aczkolwiek planuję następnym razem uczestniczyć w ceremonii mszalnej w kościele. Nigdy do tej pory nie udało mi się być tam w kościele na nabożeństwie. Tam niedzielne nabożeństwa trwają kilka godzin i są oprawione muzyką oraz pięknym śpiewem. Są one wspaniałymi uroczystościami, na które przychodzą rodzice ze swoimi dziećmi.

ezarszyn.pl: Czy była pani kiedykolwiek w wiosce afrykańskiej?

M.K.: Tak, odwiedziłam wioskę afrykańską. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, ponieważ zobaczyłam, jak żyją ludzie w buszu. Zazwyczaj jest to dość duża grupa, około 30 osób. Kobiety są bardzo skromnie ubrane, na nasz przyjazd włożyły na siebie stroje ludowe i zaprezentowały nam występ. Potem my przebrałyśmy się też w te spódniczki i tańczyłyśmy razem z nimi. Bardzo się cieszyły, że nie przyjechałyśmy tylko robić zdjęć, ale uczestniczyłyśmy w ich widowisku. Potem zaproszono nas do obejrzenia chat, w których mieszkają. Są to takie chatki z pni bambusa, zlepione błotem. Zazwyczaj jest to jedno pomieszczenie, w którym znajduje się łóżko dla rodziców i dla dziecka. Reszta śpi na bambusowych matach na podłodze. Z wyposażenia nie ma tam praktycznie nic. Jest tylko lampka oliwna, ponieważ taką lampką oświetlają taką chatkę. Kiedy jest ciepło, życie toczy się na zewnątrz, a kiedy jest pora deszczowa, mieszkają sobie w tej chatce. W takich wioskach nie ma szkół. Zazwyczaj sprawę edukacji rozwiązują w ten sposób, że co kilka kilometrów znajduje się budynek, do którego przyjeżdża nauczycielka. Dzieci z kilku wiosek raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie przychodzą do takiej szkoły i pobierają naukę. Ciekawą sprawą jest też wielożeństwo. W prawie kenijskim jest tak, że mężczyzna może posiadać 10 żon, ale żeby posiadać kilka żon, musi tym żonom zapewnić mieszkanie i wyżywić dzieci. W wioskach zdarza się dosyć często, że mężczyźni mają po dwie, trzy, cztery żony. Natomiast w miastach, jak rozmawiałam z nauczycielami, mężczyźni mają tylko jedną żonę, gdyż zdają sobie sprawę, że nie są w stanie utrzymać kilku żon.

Spotkałam się też dwa razy z szamanem w wiosce. Było to też takie bardzo tajemnicze spotkanie, ponieważ on wiedział, że przyjedziemy, przygotował jakieś proszki, korzenie, które nam podarował i powiedział, że te substancje przyczynią się do tego, że szczęśliwie wrócimy do Polski.

IMG 2142

ezarszyn.pl: Przeżyła pani jakieś nieprzewidzianie przygody w Afryce?

M.K.: Pamiętam, że kiedy pojechaliśmy do Watamu, zwiedzać ruiny miasta Gede, nie przypuszczałam, że jest tam tyle małp. Zaatakowały nas, co chwilę wyskakując nam na plecy. Przewodnik śmiał się z tej sytuacji, jako że tych małp pełno jest w okolicy. Mówił nawet, że są plemiona w Afryce, które zjadają małpy, co było dla nas obrzydliwe. Nie mogłyśmy się od nich opędzić, zwłaszcza, że byłyśmy świadome tego, że mogą roznosić różne choroby. To jedna z takich sytuacji śmiesznych, zaskakujących i może troszkę niebezpiecznych.

Zdarzyło się nam też, że kiedy byliśmy na safari i obserwowaliśmy zwierzęta, przed samochodem przebiegło stado słoni. Przewodnik powiedział, że było to bardzo niebezpieczne, gdyż słonie mogą zaatakować. Okazało się, że w tym stadzie było słoniątko. Słoniątko przebiegło przez drogę i stado wraz z matką podążyło za nim. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

IMG 1469

ezarszyn.pl: Jak podsumuje pani te wyjazdy do Afryki?

M.K: Nasunęła mi się taka refleksja po pobycie u szamana, czy w szkole, czy w tych domach rodzinnych dziewczynek, że jeżeli tych ludzi, Kenijczyków traktuje się z należnym im szacunkiem, jeżeli się ich słucha, to oni odwzajemniają się nam tym samym. Lubią nas, są życzliwi. I myślę, że jest to sukces naszych wspólnych kontaktów, polsko-kenijskich.

ezarszyn.pl: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów w wspieraniu afrykańskich dzieci w ich dążeniach do zdobywania wiedzy.

 

Rozmowę przeprowadziła: Anna Twardy

Zdjęcia: z archiwum Marii Kuzin

 

Zapraszamy do obejrzenia video z Marią Kuzin:

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież